(Przekład: Franciszek Ksawery Dmochowski.)

Pieśń XV
Powtórne odparcie od okrętów

Zwycięską bronią Greków ścigani tuż w tropy,
Cofają się Trojanie za rowy, okopy;
Mnóstwo ich legło trupem w ucieczce i zbladli
Dopiero się wstrzymali, jak wozów dopadli.
Wtedy Zeus na górnej Idzie przebudzony,
Wyrwał się z towarzystwa pięknej swojej żony,
Wstał, na Greków i Trojan boskim rzucił okiem:
Ci pierzchają, ci mężnym następują krokiem;
Posejdon tam achajskiej przywodzi młodzieży;
Hektor wśród towarzyszów osłabiony leży,
Silną ranion prawicą, krew z piersi wyrzuca
I ledwie mu tchem słabym oddychają płuca.
Zabolał ojciec bogów nad rycerza losem…
I takim do Irydy odezwał się głosem;
»Posejdonowi rozkaz nieś wiernie, Irydo,
I powiedz, że te słowa od Zeusa idą:
Niech bitwę porzuciwszy w tej mi zaraz porze
Śpieszy do rady bogów lub skryje się w morze!
Jeśli na me rozkazy nie chce być powolny,
Niech zważy, czy mej sile oprzeć się jest zdolny;
I władza mię nad niego wynosi, i lata.
Więc tak lekce starszego będzie ważył brata?
Więc sobie równość ze mną w pysznej uprządł głowie?
Ze mną, przed którym wszyscy inni drżą bogowie? «
Rzekł; zaraz wykonana była jego wola,
Zbiega Irys z Gargaru na trojańskie pola.
A jak śnieg lub grad pada z tchnieniem Boreasza,
Który wraca pogodę, a chmury rozprasza:
Tak posłanka złotymi ozdobiona pióry
Szybko do Posejdona z Idy spada góry:
»Posejdonie! – tak mówi – Zeus władnący w niebie,
Przysyła mię z takowym zleceniem do ciebie,
Byś porzuciwszy bitwę, w tejże zaraz porze
Szedł lub do rady bogów, lub też skrył się w morze.
Nie będziesz- li słów jego miał w należnym względzie,
Sam tu z otwartą wojną do ciebie przybędzie… «
Posejdon rozgniewany tak jej odpowiada:
»Choć jest mocny, atoli nadto dumnie gada.
Próżno równego w stopniu siłą swą zastrasza,
Trzech nas miała z Kronosa synów matka nasza:
Zeusa, mnie, Hadesa, co Ereb dziedziczy –
Trzech panów, na trzy części podzielon, świat liczy,
Każdy ma swe dziedzictwo. Za losów udziałem
Hades wziął czarne cienie, ja morze dostałem,
Zeus objął w swej części niebo i obłoki:
Ziemia wspólna jest wszystkim i Olimp wysoki.
Rządzić mną dla Zeusa byłoby za wiele,
Choć mocny, niech spokojny siedzi w swym wydziele!
Mam umysł wyniesiony, więc mu nie przyklęknę,
Ręką niech mi nie grozi, bo się jej nie zlęknę;
Niech na syna i córki te pogróżki chowa,
Co ze drżeniem słuchają jego lada słowa«.
Na to bogini urząd sprawująca posła:
»Chcesz- li, abym odpowiedź tak twardą odniosła?
Czy ją raczej osłodzisz? Lubo czasem zbłądzi,
Nigdy się wielkie serce uporem nie rządzi.
Znasz doskonale, jakie stopnie są rodzeństwa;
Mszczą się Jędze za prawa zgwałcone starszeństwa«.
Postrzegł się bóg, na morzu wzruszający flagi.
»Czuję – rzecze – Irydo, moc twojej uwagi.
Jak dobrze, gdy w posłańcu i poradnik wierny!
Ale ogarnął serce moje ból niezmierny,
Gdy ten, z którym wyroku zrównały mię prawa,
Ze mnie się grożącymi słowy naigrawa.
Ustąpię, lecz ci serce otworzę w tej chwili:
Jeśli mimo żeśmy się zgładzić ugodzili
Przy pomocy Pallady, jego miłej córy,
Zeus zechce ocalić ilijońskie mury
I danej obietnicy Achajom nie ziści,
Niech wie, że będzie w wiecznej u nas nienawiści«.
Rzekł Posejdon i zaraz w morzu się zagłębił;
Uczuł to Grek, bo w piersiach zapał się oziębił.
»Weź pieczę – rzekł do Feba Zeus – o Hektorze;
Chroniąc się mego gniewu Posejdon wszedł w morze.
Gdyby na mnie śmiałymi czekał był rękoma,
Strasznym łoskotem walki między nami dwoma
W swych by posadach niebo i piekło zadrżało.
Ale lepiej dla niego i dla mnie się stało,
Że choć z gniewem, ustąpił nie czekając boju:
Rzecz by ta wiele bardzo kosztowała znoju.
Weź egidę i w groźnej wstrząsaj nią prawicy,
By greccy na jej widok drżeli wojownicy.
Szczególnie miej o wielkim Hektorze staranie,
Z nową w piersiach odwagą niechaj w polu stanie! … «
Rozkazał; wykonywa Feb zlecenie ojca.
Jak szybko leci jastrząb, grzywaczów zabojca,
Żaden mu ptak lekkimi nie wyrówna pióry:
Takim on właśnie lotem spadł z idajskiej góry.
Już bohater nie leżał, gdy Feb przed nim staje:
Siedział, odzyskał zmysły, przyjaciół poznaje,
Co mu we wszystkich byli przygodach najszczersi.
Pot nie leje się z niego, nie robią mu piersi –
Tak go Zeusa pamięć ożywiła sama.
Apollo rzekł w te słowa do syna Pryjama:
»Czemu siedzisz na tronie, od wojsk twoich z dala?
Co cię wyzuwa z siły? Jaki ból przyzwala? «
Uchylił Hektor powiek i rzekł słabym głosem:
»Ktoś ty, z bogów najlepszy, moim tknięty losem?
Nie wiesz- li? Gdym przed flotą stoczył walkę śmiałą,
Ajas wtedy na ziemię obalił mię skałą.
Mniemałem, że odwiedzę dziś Hadesa progi,
Utraciwszy od ciosu tego żywot drogi«.
»Ufaj! – Bóg odpowiada. – Pan władnący w niebie
Silnego pomocnika przysyła dla ciebie.
Ja, Apollo, przy tobie z mieczem groźnym stoję,
Ja, com dawniej i ciebie zasłaniał, i Troję… «
Tym słowem wzmocnił siły, które w nim już gasły.
Jak przy żłobie trzymany długo koń wypasły,
Zerwawszy uwiązanie, bieży, piasek miece,
I przywykły się kąpać w przeźroczystej rzece,
Pyszny swoją pięknością, leci, dumnie pląsa,
Głowę do góry wznosi, a grzywą potrząsa
I pędzi na znajome sobie klacz pastwiska:
Tak za wzmocnieniem boga, który strzały ciska,
Mężny Hektor wielkimi kroki w pole sadzi
I waleczne do boju Trojany prowadzi.
A jak biegną, zwierzyny pięknej dostać chciwi,
Za samą lub jeleniem i psy, i myśliwi –
On, gdy mu jeszcze zguby zły wyrok nie niesie,
Chowa się między skały albo w gęstym lesie;
Wtem gdy się lew pokaże, krzykiem ich wzbudzony,
Psy i myśliwcy w różne rozpierzchną się strony:
Tak trwożnych pędzą Trojan szeregami Grecy,
Tną mieczami, dzidami przebijają plecy;
Lecz gdy ujrzą Hektora, przejęci są trwogą,
I cała ich w tym siła, że uciekać mogą. . .
Idą Trojanie, Hektor wielkim stąpa krokiem,
Apollo go poprzedza odziany obłokiem:
W rękach jego egida nieśmiertelna błyska,
Frędzle ją srożą, groźny blask daleko ciska,
Na postrach ludzi Hefajst dał ją panu nieba;
Taka egida rękę uzbrajała Feba.
Ścisnąwszy swe zastępy czekają Achiwy;
Z obu stron krzyk powietrze napełnia straszliwy,
Z mocnych rąk dzidy, z brzmiących cięciw lecą strzały:
Jedne się w łono mężów szlachetnych dostały,
Drugie nie dojdą ciała i w ziemię się wbiją,
Ani się krwi tak chciwie żądanej napiją.
Póki Feb trzymał w rękach tarczę niewzruszoną,
Ginął lud, bój za żadną nie ważył się stroną.
Lecz wkrótce przeciw Grekom zwrócona egida –
Wraz nią wstrząśnie i z piersi głos ogromny wyda:
Słabieją w męstwie, bojaźń w umysłach zajęta.
Jak gdy w nocy napadną dwa srogie zwierzęta
W nieprzytomności stróża na woły lub owce,
Drżąca trzoda się w różne rozbiegnie manowce:
Tak uciekają Grecy; Feb ich mdłymi zrobił,
A Trojan i Hektora chwałą przyozdobił. . .
Gdy się zwycięzcy bawią nad krwawymi łupy,
Uciekają w nieładzie drżące Greków kupy;
Hektor swoich zachęca, wielkim głosem krzyczy,
By prosto szli na flotę, niechciwi zdobyczy:
»A kto mi kolwiek od naw na stronę odbiegnie,
W tymże zaraz momencie z mojej ręki legnie!
Ni go bracia, ni siostry nie uczczą pogrzebem,
Ale go psy w kawały rozszarpią pod niebem! «
Rzekł i ogniste biczem rumaki zacina,
Do śmiałego natarcia roty upomina.
Zwracają wszyscy konie z groźnymi okrzyki,
Przodkiem Apollo mężne wiedzie wojowniki.
Zarzuca rów, okopy zwala jego noga:
Wnet się dla nich zrobiła tak szeroka droga,
Ile zasięgnie dzida od męża rzucona,
Gdy doświadcza, jak silne są jego ramiona.
Tą drogą tłumem idą Trojanie zuchwali,
Pod stopą Feba gruby mur Greków się wali.
A jako drobne dziecię, bawiąc swe tęsknoty,
Rozmaite na piasku buduje roboty,
Wnet je ręką i nogą igrając zagrzebie:
Tak się mur grecki kruszy pod twą stopą, Febie.
Tyś ich zmieszał, tyś zrobił, że pierzchli nikczemnie;
Dopiero się przy nawach wstrzymują wzajemnie…
Jak gdy zhukane wiatry na morzu srożeją,
Wzdęte na boki w okręt bałwany się leją
I nic go nie zachowa od gwałtownej fali:
Tak się wojsko trojańskie na mur grecki wali.
Pędzą ku nawom konie śmiałe wojowniki,
Trojanie z wozów długie wyciągnęli piki,
Grecy z okrętów drągi wzięli na odparcie
Kute miedzią, w ogniowym ustalone harcie.
Gdy się bój z dala od naw przy murze wysila,
Patrokl siedział w namiocie cnego Eurypila;
Miłymi w nim tęsknotę rozmowami słodził,
A plastrem bole rany głębokiej łagodził.
Lecz widząc, że Trojany przez mur się waliły,
Że Grecy uciekają bez ładu, bez siły,
Jęczy, bije się w uda, łza mu gęsta ciecze,
I tak do przyjaciela z ciężkim łkaniem rzecze:
»Mimo twej rany dłużej nie mogę być z tobą,
Wkrótce się Grek ostatnią okryje żałobą.
Nich ci pomoc potrzebną wierny sługa niesie,
Ja biegnę chęć do boju wzbudzić w Achillesie.
Któż wie, czy go nie skłonię za pomocą boga?
Mocna jest z ust przyjaźni idąca przestroga«.
Rzekł i opuścił namiot Patrokl rozpłakany.
Tymczasem Grecy dzielnie wstrzymują Trojany,
Lecz ni ci zdolni, lubo mniejsze, odbić roty,
Ni ci Greków przełamać i wpaść im w namioty.
A jak ostrym toporem cieśla zręcznie włada,
Którego sztuki sama uczyła Pallada,
I za sznura kres ostrej nie zapuści stali:
Tak ci w równi zupełnej bój utrzymywali.
Po wszystkich stronach walka uparta się szerzy.
Hektor z okrytym chwałą Ajasem się mierzy,
Przy jednej walczą nawie; ni Hektor jej spalić,
Ni Ajas od niej może Hektora oddalić.
Już Kaletor niósł ogień, ów śmiały syn Klity,
Lecz w piersi został dzidą Ajasa przeszyty:
Leci na ziemię, głownia z ręki mu wypada.
Patrząc na śmierć krewnego Hektor się rozjada
I wielkim głosem woła na trojańskie szyki:
»Trojanie i Dardany, i waleczne Liki!
Nie ustępujcie z miejsca, walczcie w tej ciaśninie
I nie dajcie wziąć zbroi po Klitiosa synie! «
Skończył i długą dzidę w Ajasa wymierzył;
Chybił go, Likofrona mężnego uderzył.
Przymuszony z Kitery uciec dla zaboju,
Ajasowi w rycerskim towarzyszył znoju;
Przy boku przyjaciela stał bohater dzielny,
Przy nim walczył, gdy w głowę dostał raz śmiertelny;
Bez duszy z wyniesionej nawy na łeb zlata.
Ajas przejęty żalem tak mówi do brata:
»Teukrze! Jakie nas teraz czekają tęsknice?
Syn Mastora, kochany od nas jak rodzice,
Którego w domu naszym żaden wzgląd nie minął,
Zajadłego Hektora srogim ciosem zginął.
Gdzie twe strzały niosące śmierć, bóle i jęki?
Gdzie jest łuk otrzymany z Apollina ręki? «
Na głos brata przybiega Teucer, strzelec główny,
Łuk ma w ręku i kołczan strzałami ładowny.
Grot wylata po grocie, warczy żyła tęga,
Wraz Pejzenora syna strzałą swą dosięga:
Ranny Klejtos, powoźnik Polidama śmiały.
W Hektora oczach pięknej szukający chwały,
Gardził niebezpieczeństwem, tam pędził rumaki,
Gdzie się najbardziej mężne zgęszczały orszaki.
Nie mogła go od zguby żadna zbawić siła,
Puszczona strzała w szyję z tyłu utrafiła;
Padł na ziemię, śmiertelnym dosięgniony grotem,
Konie wóz próżny z wielkim wstrząsnęły łoskotem.
Postrzegłszy to Polidam, zaraz je uchwycił
I Astynoja rękę strażą ich zaszczycił,
A gdy mu blisko siebie trzymać je zaleci,
Sam znowu między pierwsze wojowniki leci.
Teucer zaś na Hektora nowy grot nakładał,
I pewnie ostateczny byłby mu cios zadał,
Gdyby Zeus srogiego nie wstrzymał wyroku.
On mając bohatera dnia na bacznym oku,
Nadto wyniosłym Teukra zamiarom urąga,
Rwie mu w ręku cięciwę, kiedy ją naciąga:
Prysła strzała i łuku dotrzymać nie umiał;
Nadzwyczajnym przypadkiem strwożył się i zdumiał.
»Bracie – rzekł – boga ręka, nam nie sprzyjająca,
Miesza układy nasze i łuk mi wytrąca;
Z tęgich żył dziś ode mnie skręcona cięciwa,
Zdolna nieść strzał tysiące, nagle mi się zrywa«.
»Porzuć twój łuk i strzały – rzekł Ajas żałosny –
Gdy ci je z rąk wydziera jakiś bóg zazdrosny;
Weź raczej długą dzidę, piersi okryj tarczą,
Walcz, zachęcaj – bijmy się, póki siły starczą,
Jeśli mają wziąć flotę, niech ją wezmą z pracą
I niech drogo zwycięstwo Trojanie opłacą«.
Tak radził; Teucer zaraz namiotu dopada,
Łuk zostawia, na ramię tęgi puklerz wkłada,
Głowę kształtnie zrobionym szyszakiem przykrywa,
Nasrożona piórami groźna kita pływa.
Ogromną bierze dzidę, a nie szczędząc kroku,
Bieży spieszno i staje przy Ajasa boku.
Widząc łuk Teukra, boskim osłabiony cudem,
Hektor między trojańskim głośno woła ludem:
»Walczcie! Gdzie z taką chwałą bitwa rozpoczęta.
Niech każdy z was o dawnej sławie swej pamięta!
Widziałem na me oczy, jak bezsilne strzały
W ręku najbieglejszego rycerza zostały.
Zeus to sam dokazał i znak jest niemylny,
Dla kogo on niechętny, a komu przychylny:
Dziś od niego Achąjów zmniejszona odwaga,
Dziś przeciwko nim bije, a nam dopomaga.
Walczcie więc, bo zwycięstwem pewnym się zaszczyciem.
Kto ma paść, niech bez żalu rozstanie się z życiem!
Ach! Jak tu dla rycerza chwały plac jest żyzny!
Pięknie mu z bronią w ręku umrzeć dla ojczyzny,
A dom swój, żonę, dzieci, majątek ocali,
Gdy męstwem swym Achąjów z tych brzegów oddali«.
Tak Hektor w serca wszystkich zapał swój przelewał.
Nie z mniejszą Ajas siłą Achajów zagrzewał:
»Mężowie! Dziś najsroższych klęsk jesteśmy bliscy,
Albo ocalim flotę, albo zginiem wszyscy.
Mniemacie- li, gdy Hektor nam panem zostanie,
Że możecie piechotą przejść po oceanie?
Nie widzicie- li, jak on rzuca się gwałtownie?
Jak zapala, jak woła na Trojan o głownie?
Nie na tańce ich wzywa, lecz żeby nas dobić.
Ja sądzę, że nie możem nic lepszego zrobić,
Jako gdy nasz zmieszamy oręż z ich orężem:
Niech już raz albo zginiem, albo też zwyciężem! «
W gorących sercach nową wzniecił żądzę sławy:
Miedzianym z tarczy murem otoczyli nawy;
Zeus wzmaga w Trojanach zapał i nadzieje,
A Menelaj tak serce w Antylochu grzeje:
»Nikt z tobą, Antylochu, z achajskich rycerzy
Ni miłością, ni biegiem, ni siłą się zmierzy.
Wyskocz, byś kogo z wodzów trojańskich obalił«.
Tym słowem jego zagrzał, a sam się oddalił.
Z błyszczącą zaraz dzidą przed pierwszymi stanie,
Na jego widok trwożni uchodzą Trojanie;
Jednak nie był rycerza zamach bezskuteczny:
Gdy śmiało biegł do boju Melanip waleczny,
W piersi raz dostał, upadł tym zwalony ciosem,
A zbroja na nim smutnym zajękła odgłosem.
Jak szybko, przyskakuje bystry chart do łani,
Gdy ją myśliwiec z kniei wychodzącą rani:
Tak prędko pierwszy z greckiej Antyloch młodzieży,
By z ciebie, Melanipie, ściągnąć zbroję, bieży.
Ale próżny był zapęd, bo go Hektor zoczył,
I tchnąć zemstą za brata przeciw niemu skoczył.
Antyloch, lubo dzielny bohater, nie czeka,
Zbiera swe wszystkie siły i co tchu ucieka.
Jak zwierz srogi, niemałe gdy porobi szkody,
Zabije psa lub męża broniącego trzody,
Chroni wprzód, nim mnóstwo pasterzy się zbiegnie:
Tak on ucieka, skoro Hektora postrzegnie.
Krzyczą za nim Trojanie, gęste miecą groty.
Zwrócił czoło, ze swymi złączywszy się roty.
Jak lwy do naw Trojanie szli wielkimi kroki –
Tak się spełniały boskie Zeusa wyroki.
Z jego woli Dardanin śmiałości nabierał,
On w Greku męstwo słabił, chwałę mu wydzierał,
On chciał imię Hektora zrobić wiekuiste,
Iż pierwszy rzucił głownie na flotę ogniste:
Tak Tetydzie uiszczał, co jej przyrzec raczył,
Więc czekał, aby ogień na nawach obaczył.
Od tej chwili przedsięwziął Trojan szczęście skrócić
I zwycięstwo na stronę Achajów obrócić.
W tym zamyśle Hektora sam pchał na okręty,
Lubo już dosyć własnym zapałem był pchnięty.
Jak Ares, gdy zabójczą dzidę chwyci ręką,
Lub jak ogień, gdy lasy zjadłą żre paszczęką,
Wścieczony lata Hektor i z ust pianę toczy;
Zapalone pod groźną brwią iskrzą się oczy,
Niezmordowana robi oszczepem prawica,
A podskakując, skronie tłucze mu przyłbica. . .
Chcąc złamać Greków, ciosy tam obraca swoje,
Gdzie najdzielniejsze męże i najcięższe zbroje;
Lecz nadaremnie wszystkie swe siły wywiera –
Niewzruszony jak wieża zastęp go odpiera.
Jak kiedy szturm przypuszczą do nadbrzeżnej skały
I wiatry rozhukane i spienione wały –
Ona ich gniew silnymi wstrzymuje ramiony:
Tak szyk grecki na miejscu stoi niewzruszony. . .
Widzą cię pośród siebie Achaje, Hektorze!
Jak gdy na pasące się woły przy jeziorze
Wpadnie lew – nieprzywykły walczyć pasterz młody
Już od czoła, już z tyłu broni swojej trzody –
On skacze nagle w środek i buhaja zjada,
W różne się strony drżąca rozpierzcha gromada:
Podobnie, gdy wpadł Hektor (Zeus go zapalił),
Wszyscy pierzchli i tylko Peryfeta zwalił…
Z przodu Greki okrętów jeden rząd zamykał;
Stąd wyparci, przy drugim, który morza tykał
Stawają, przy namiotach gęsto się gromadzą
I o daniu odporu najtęższego radzą.
Przez wstyd i strach w obozie rozbiec się nie śmieją,
Jedni krzycząc na drugich krzepią się nadzieją.
Nestor, ludu stróż, wszystkich czule upomina,
On rycerzów na imię ich ojców zaklina:
»Przyjaciele! Chciejcie się mężami pokazać,
A nade wszystko hańbą lękajcie się zmazać!
Myślcie o żonach, dzieciach, majątku, rodzicach,
Czy żyją, czy już w wiecznych zostają ciemnicach.
Oni wołają na was tym słowem przeze mnie:
Stójcie! Wstydźcie się tyły podawać nikczemnie! … «
Wielki Ajas za hańbę sobie to rozumie,
By z innymi Grekami dłużej krył się w tłumie;
Wraz na widok trojańskiej pokazał się młodzi,
Z nawy na nawę krokiem sążnistym przechodzi,
Dwudziestodwułokciowym obracając drągiem,
Z okrętów na okręty przeskakiwał ciągiem.
Jak, obok cztery konie sprzągłszy, jeździec zręczny
Ludowi ciekawemu chcąc dać widok wdzięczny
Bieży ku miastu, chlubnej szukając zalety;
Zbiegają się mężczyźni, zbiegają kobiety,
Obróconych na niego oczu pełno wszędzie,
On z konia na koń skacze w najbystrzejszym pędzie,
Tak po nawach wielkimi skakał Ajas kroki,
A ogromnym swym głosem przebijał obłoki.
Zachęca bezustannie ten mąż nieznużony
Do dzielnej i namiotów, i floty obrony.
I Hektor między swymi nie został orszaki,
Lecz jak orzeł zoczywszy pasące się ptaki
Uderza na żurawie, gęsi lub łabędzie,
W takimże Hektor śmiały rzucił się zapędzie. . .
Pod samą flotą walkę stoczyli tak srogą,
Iżbyś rzekł, że wyczerpnąć swoich sił nie mogą;
Taka zjadłość ich piersi, taki ogień pali,
Jakoby w tym momencie bitwę zaczynali.
Wielki do męstwa powód miały strony obie:
Grek już zbawienia prawie nie rokuje sobie,
Trojanin dzisiaj wszystko chce zakończyć razem,
Okręty zniszczyć ogniem, a Greki żelazem.
W tym przekonaniu wszystkie swe siły wywarli,
Jedni, by zwyciężyli, drudzy, by odparli.
Hektor chwycił za okręt, co wiosły licznemi
Protezylaja stawił na trojańskiej ziemi,
Ale go nie powrócił: zginął z wziętej rany –
O jego walczą okręt Greki i Trojany.
Nikt tu strzał, nikt oszczepów dalekich nie ciska,
Obie, równo zajadłe, strony walczą z bliska.
Okrutna rzeź: ten kole, ten rąbie, ten siecze,
Błyszczą w rękach dzidy, siekiery i miecze,
Powietrze od orężów tłukących się chrzęści,
Z rąk, z ramion lecą miecze strzaskane na części,
Podruzgotanych zbroi pełno na równinie,
Ziemia cała zbroczona krwi potokiem płynie.
Hektor jak chwycił okręt, tak się ciągle trzyma,
Z zapalonymi na swych wołając oczyma:
»Nieś pochodnie, następuj śmiało, mężna młodzi!
Dzień ten dziesięcioletnie klęski nam nagrodzi.
Weźniemy flotę, całkiem wyrżniemy lud grecki.
Bez woli bogów przyszedł ten naród zbójecki.
Gnuśność starych zrobiła, że się Grek ocalił,
Ja bym był dawno natarł, ich zbił, flotę spalił,
Lecz mię wstrzymała starców rada zbyt ostrożna.
Dziś wszystkich błędów naszych powetować można,
Bo Zeus nam łaskawej udziela opieki«.
Rzekł; oni z nową mocą natarli na Greki.
Na Ajasa tysiączne zwrócone pociski;
Już on zaczął rozumieć, że jest śmierci bliski.
Schodzi z wierzchu na ławę przed licznymi groty,
Tam staje, pilnie Trojan zważając obroty:
Ktokolwiek z ogniem bieży, dzidą go oddala,
A Greków nieustannym głosem tak zapala:
»Przyjaciele! Narodzie bogu wojny miły!
Nie ustawajcie w męstwie, zbierzcie wszystkie siły!
Czyż my to posiłkowe w tyle wojska mamy?
Czyż nas nowe zasłonią mury, nowe bramy?
Jestże w bliskości miasto, które by nas trudem
Osłabionych schroniło? Świeżym wsparło ludem?
Tu jesteśmy, daleko od ojczystych brzegów,
Od morza i trojańskich ściśnieni szeregów –
Nie gnuśność, dzielne tylko ocali nas ramię! «
Rzekł; jak wściekły uderza, zabija i łamie.
Kto od Hektora pięknym zapałem natchnięty,
Z ogniem w ręku zuchwale bieżał na okręty,
Na tego się okrutnym Ajas ciosem srożył:
Tak dwunastu rycerzy przed flotą położył.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s