(Przekład: Franciszek Ksawery Dmochowski.)

Pieśń XI
Przewagi Agamemnona

Piękna Jutrzenka z łoża Tytona się budzi
Niosąc żądane światło dla bogów i ludzi,
Gdy Zeus do naw greckich śle sprawczynię jęku,
Niezgodę, bojów hasło trzymającą w ręku.
Staje wpośród obozu na Odysa łodzi,
Skąd łatwo do dwu floty końców głos dochodzi,
Gdzie Ajas i gdzie Pelid stoi niezwalczony;
Ci swym ludem zajęli dwie ostatnie strony,
Zaufawszy i męstwu, i barkom niezłomnym.
Skoro bogini głosem ryknęła ogromnym,
Zaraz się Aresowy ogień w piersiach pali,
Pragną, by jak najprędzej krwi zakosztowali. . .
Woła król, by do broni mieli się rycerze,
I sam razem na ramię świetną zbroję bierze.
Kształtny obuw na nodze srebrną haftką sprząga,
Na piersi kirys cudnie wyrobiony wciąga,
Dar Kinyra, przyjaźni spólnej zakład miły;
Bo gdy nawet aż w Cyprze wieści rozgłosiły,
Że Grecy na okrętach niosą bój pod Troję,
Tym on darem królowi okazał chęć swoje:
Dwadzieścia pasów sztuczna w nim dała robota
Z cyny, dziesięć ze stali, dwanaście ze złota;
Trzy modre widać węże po obydwu bokach,
Tak się one wydają, jak tęcza w obłokach,
Znak pamiętny dla ludzi na niebie wyryty.
Przypasuje miecz, gwoźdźmi złotymi nabity;
Pochwy go srebrne kryją, ze złota pleciona,
Taśma, miecz trzymająca, obwodzi ramiona.
Całe kryjący ciało bierze puklerz tęgi,
Pyszna go miedź otacza dziesięcią okręgi;
Z śnieżnej go cyny garbów dwadzieścia wydyma,
A jeden z czarnej stali, który środek trzyma.
Krwawym wzrokiem błyszcząca, twarzą groźna srogą
Stoi w środku Gorgona z Popłochem i Trwogą.
Tam, gdzie do tarczy rzemień przywiązan srebrzysty,
Uderza zatrwożone oczy smok modrzysty:
Trzy w nim głowy skrzywione jedna rodzi szyja,
A przeciągłą swą postać w wielkie koła zwija.
Nareszcie głowę świetnym szyszakiem przykrywa,
Na którym czub poczwórny, strasznie grożąc, pływa;
I ostre, w miedź okute, dwa bierze oszczepy,
Blask z nich idzie wysoko aż pod nieba sklepy.
W tak okazałej zbroi króla widzieć rada,
Czci go, wydając łoskot, Hera i Pallada. . .
Na pagórku Trojany zbroje przywdziewały,
Wodzem ich wielki Hektor i Polidam śmiały. . .
Hektor z ogromną tarczą śmiałym stąpa krokiem.
Jak odziany posępnym Syryjusz obłokiem,
Raz krwawym błyśnie światłem, drugi raz się skryje:
Tak Hektor, miecz na greckie zaostrzając szyje,
Już w pierwszych widzian rzędach, już w ostatnie leci,
A miedź na nim jak groźna błyskawica świeci.
Jak żniwiarze na polu możnego dziedzica,
Gdzie mu się zrodził jęczmień lub piękna pszenica,
Tną naprzeciwko siebie, gęste lecą kłosy:
Tak Trojanie i Grecy przez okrutne ciosy,
Niepomni o ucieczce, jak wilcy zażarci,
Biją się, w srogim boju zarówno uparci.
Patrząc na to Niezgoda krwawe oczy pasła,
Sama bojom przytomna dawała im hasła;
Insze bogi spokojnie w Olimpie siedziały,
Gdzie każdy z nich dla siebie ma pałac wspaniały. . .
Póki się dzień przy świetle Jutrzenki rozwijał,
Nawzajem lud srogimi ciosy się zabijał,
Z obu stron równa strata; ale w tej godzinie,
Gdy drwalnik obiad sobie gotuje w dolinie,
Gdy zemdlon pracą czuje swe siły na schyłku,
A wnętrze ckliwie łechce żądanie posiłku –
Grecy, bojowej sobie dodając ochoty
I całą moc wywarłszy, łamią Trojan roty.
Najpierwszy Agamemnon na czoło wyskoczył
I we krwi Bianora wodza oszczep zbroczył;
Tuż zaraz Oileja zabił, rządcę koni.
Rzucił się z wozu rycerz i z oszczepem w dłoni
Stanął przeciw zwycięzcy, lecz się nie ocalił:
Silnym go razem dzidy król Myken obalił
Uderzył nią w przyłbicę: trzasła miedź, kość pękła,
Mózg wyprysnął, padł rycerz, ziemia pod nim jękła. . .
Tych rzuca, gdzie najbardziej roty Ares miesza,
Śmiało na czele mężnych Achajów pospiesza.
Piechotni piesze walą pierzchających szyki,
Wozy walczą na wozy z strasznymi okrzyki,
Rumaki piasek miecą twardymi kopyty,
Tuman gęsty się wznosi pod sklep gwiazdolity,
A król mężów, gdy wojsko Dardanów truchleje,
Ściga, swoich zapala i rzeź srogą sieje.
Jako gdy się zajadły pożar zajmie w lesie,
Gdzie szalony wiatr chmurę ognistą zaniesie,
Upadają gałęzie, nikną pnie z korzeniem:
Tak też pod niezwalczonym Atryda ramieniem
Spadają Trojan głowy, trupy ziemię kryją,
Konie z próżnymi wozy, pyszną kręcąc szyją,
Biegną, nie czując znanej powoźników ręki:
Leżą, sępom z nich pastwa, żonom długie jęki!
Hektora uprowadza Kronida łaskawy
Spośród krwi, zamieszania, rzezi, boju, wrzawy.
Atryd pędzi i Greków lud zagrzewa bitny.
Już Trojanie grób Ila przeszli starożytny,
Uciekają, gdzie w polu stoi dzika figa,
Pragnąc w mieście schronienia. Tuż ich Atryd ściga. . .
Już zbliżał się pod same mury Ilijonu,
Gdy ojciec nieśmiertelnych z niebieskiego tronu
Stąpił na Idę, piorun trzymając w prawicy,
A wezwawszy Irydy, bogów posłannicy:
»Bież – rzecze – do Hektora! I nie szczędząc kroku,
Uwiadom go o moim najwyższym wyroku.
Póki między pierwszymi Atryd wojowniki
Rozjuszonym oszczepem zmiata w polu szyki,
Póty niech ustępuje, powściąga swą śmiałość,
Troi w pracach Aresa zaleca wytrwałość.
Lecz gdy dzidą lub strzałą ranny na wóz wsiędzie,
Dam szczęście Hektorowi, przy nim chwała będzie… «
Rzekł; bogini złotymi ustrojona pióry
Zaraz bieży z Idajskiej do Hektora góry.
Bohater na swym wozie nieprzełomnym stoi;
Zbliżywszy się posłanka do obrońcy Troi:
»Hektorze! – mówi – Zeus panujący w niebie,
Przysyła mię z takowym poselstwem do ciebie:
Póki między pierwszymi Atryd wojowniki
Rozjuszonym oszczepem zmiata w polu szyki,
Póty unikaj ciosu, powściągaj twą śmiałość,
Troi w pracach Aresa zalecaj wytrwałość.
Lecz gdy dzidą lub strzałą ranny na wóz wsiędzie,
Wtenczas przy tobie chwała i zwycięstwo będzie… «
Poszła Irys; wódz boga rozkazu nie zwłoczył,
Lecz w świetnej zbroi z wozu natychmiast wyskoczył,
Dwoma kręcąc oszczepy, wojska upomina.
Wracają się Trojanie, nowy bój się wszczyna,
Zwyciężeni zwycięzcom niosą grom straszliwy,
Lecz znowu roty swoje zwierają Achiwy.
Z obu stron groźne czoła: najpierwszy uderzy
Agamemnon, chcąc wszystkich wypędzić rycerzy.
Teraz, niebieskie muzy, chciejcie mi objawić,
Kto pierwszy pod broń jego odważył się stawić,
Czy to z walecznych Trojan, czy z ich sprzymierzeńców.
Ifidam, wzrostem, męstwem najpierwszy z młodzieńców,
Godny syn Antenora, w Tracyi chowany,
W domu Kissesa, ojca swej matki, Teany.
Na wstępie lat młodzieńczych, kiedy przedsięwzięcia
Wielkie podnoszą umysł, wziął go dziad za zięcia.
Ale szlachetny rycerz, chwałą zapalony,
Słysząc o wojnie greckiej, z domu młodej żony
Poszedł z dwunastą nawy, i w Perkocie swoję
Rzuciwszy flotę, lądem udał się pod Troję.
On pierwszy z mężów z królem spotkał się w tej chwili,
A kiedy już obadwa blisko siebie byli,
Król Myken oszczep cisnął, lecz chybił rycerza:
Ifidam zaś kierował grot niżej pancerza.
Odparł go pas, i chociaż wielką siłą pchnięty,
Srebrem grot zatrzymany, jak ołów był zgięty.
Ciągnie król oręż jego, wnet w rękach Atryda
Wydarta z Ifidama rąk została dzida.
Zaraz mu w szyję mieczem raz śmiertelny zadał:
Tak życie, broniąc swoich współziomków, postradał
I od żony daleko zginął rycerz młody,
Za którą próżno ojcu liczne oddał trzody. . .
Starszy syn Antenora, sławiony przez męstwo,
Koon, śmierć brata widząc, Atryda zwycięstwo,
Tak zabolał, iż oczy stanęły mu w mroku.
Więc się przybliża skrycie do zwycięzcy boku
I natychmiast go w rękę pod łokciem ugodzi:
Na drugą stronę ostre żelazo przechodzi.
Niezmiernym Agamemnon bólem był przejęty,
Ale nie przestał boju, lecz srożej zawzięty
Rzuca się i Koona oszczepem dościga,
Gdy on, wołając na swych, braterski trup dźwiga.
Nieszczęsny! Chcąc ocalić brata podpadł zgubie:
Król mu głowę odwalił na bratnim tułubie. . .
Dopóki krew mu wrząca wytryskała z rany,
Dzidą, mieczem, kamieńmi walczył na Trojany;
Zwalał wszystkich, ktokolwiek śmiał mu się nawinąć.
Ale gdy z oschłej rany przestała krew płynąć,
Mimo mężne wytrwanie ból wielki go przeszył…
Wsiadł na wóz, każąc słudze, by do floty śpieszył,
Ale wprzód niźli odszedł, lubo cierpiał srodze,
Tak do boju zagrzewał i wojska, i wodze:
»Przyjaciele! Rycerze pomiędzy Achiwy!
Odpierajcież wy teraz od naw bój straszliwy,
Kiedy Zeusa twarde wyroki nie dały,
Abym dziś z Trojanami walczył przez dzień cały«.
Rzekł, a biczem powoźnik bystre konie bije;
Te do naw biegną, pyszne wykręcając szyje,
Kurz im grzbiety okrywa, piana na pierś pryska,
Gdy rannego unoszą króla z bojowiska.
Hektor widząc, że Atryd z boju się oddalał,
Tak do rycerskich czynów Trojany zapalał:
»Trojanie i Likowie! Postawcie się śmiele,
Okażcie zwykłe męstwo, wierni przyjaciele!
Najstraszniejszy mąż z Greków ranny uszedł z pola,
Nam zwycięstwo przeznacza dziś Zeusa wola.
Nuż! Dla tym większej chwały, ścisnąwszy orszaki,
Na lud grecki dzielnymi natrzyjcie rumaki! «
Tymi słowy zapala umysł boju chciwy.
Jak psy ręką i. głosem zachęca myśliwy,
By na lwa lub odyńca uderzyły śmiele:
Tak swoich grzeje Hektor. On pierwszy na czele,
Podobny bogu, który losem wojny włada,
I na zażarte Greki tak gwałtownie wpada,
Jak wicher, gdy się nagle powietrze zachmurzy,
Wylatuje z obłoków i ocean burzy. . .
Już by Achiwów srogi wyrok nie oszczędził,
Już by zwycięzca Hektor do naw ich zapędził,
Gdy Odyseusz w te słowa zagrzał Diomeda:
»Cóż to? Czyli nasz oręż odporu już nie da?
Stań przy mnie, spólną bronią ważmy bój zacięty!
Jaka hańba, gdy Hektor zapali okręty! «
»Nie ustąpię ja kroku – Tydejd odpowiada –
Wstrzymam nieprzyjaciela, co nam na kark wsiada.
Ale cóż my dokażem, kiedy zagniewany
Opuszcza Zeus Greki, a wzmaga Trojany? «
Rzekł i Tymbraja zwalił, pchnąwszy go wśród łona:
Odyseusz powoźnika zabił Molijona.
Tych porzuciwszy, wieczną ogarnionych nocą,
Sami z nową na Trojan uderzają mocą.
A jak śmiałe odyńce, kiedy ich psy gonią,
Zwracają się i kłami walecznie się bronią:
Tak ci zwróceni walczą, dając tym odporem
Wytchnienie pierzchającym Grekom przed Hektorem.
Zeus z Idy na równej bitwę trzymał szali:
Tak śmierć zgubnymi ciosy brali i dawali.
Tydejd syna Pajona zabił, Agastrofa;
Ten śmiało wszędzie walczy, nigdy się nie cofa,
Nawet nie ma przy sobie do ucieczki koni,
Każąc je słudze z dala trzymać na ustroni;
Pieszo się bił, aż oręż w nim Diomed zbroczył.
Hektor, gdy wśród zastępów zgon rycerza zoczył,
Leci, niebo strasznymi przebijając krzyki,
Za nim trojańskie idą tłumem wojowniki.
Nie mógł nie uczuć Tydejd, choć na chwilę, trwogi.
Mówi do Odyseusza: »Przyjacielu drogi!
Na nas to mężny Hektor idzie tak zażarcie!
Ale stańmy i dzielne dajmy mu odparcie! «
Rzekł i pocisk z ogromnej wypuścił prawicy.
Nie chybił, w Hektorowej czub trafił przyłbicy,
Jednak czoło nie tknięte, skóra nie przeszyta,
Wstrzymał cios szyszak, miedzią miedź była odbita –
Od Feba miał go Hektor, z jego łaski żyje,
Lecz wziąwszy raz tak srogi, między swych się kryje.
Upada na kolana, ręką się podpiera,
A mgła cień gęsty w oczach jego rozpościera.
Tymczasem, kiedy kroki wyskoczył wielkiemi
Tydejd, aby utkwioną dzidę podjąć z ziemi,
Hektor przyszedł do siebie. Zaraz na wóz wsiada
I śmierci unikając, między swoich wpada;
Wierni go towarzysze otoczą gromadnie…
Wtenczas Parys, za słupem ukrywszy się zdradnie,
Wyniesionym na Ila starożytnym grobie
(Niegdyś lud starość jego miał za chwałę sobie),
Przeciw Diomedowi krzywy łuk napina.
Kiedy on świetny zdziera łup z Pajona syna,
Równie chciwy szyszaka, pancerza i tarczy,
Napięty od Parysa nagle łuk zawarczy,
Leci strzała i celu swojego nie mija:
Rani w nogę Tydejda i w ziemię się wbija.
Wesół, że swym takiego męża dosiągł ciosem,
Śmiejąc się wybiegł Parys, rzekł chełpliwym głosem:
»I tyś przecie posoką twoją ziemię skropił!
Czemużem strzały w sercu twoim nie utopił!
Drżące jak przed lwem kozy na twoje spojrzenie,
Miałyby przecież w boju Trojany wytchnieniem
»Próżny strzelcze! – rzekł Tydejd – z łuku twe zalety,
A najmilsza zabawa uwodzić kobiety.
Jeżeliś mężny, w polu oba stańmy śmiele,
Na nic ci się nie przyda twój łuk i strzał wiele.
Chlubisz się, żeś mię w nogę drasnął? Raz twój słaby,
Gardzę nim, jakby wyszedł od dziecka lub baby,
Bo nikczemnego człeka i pocisk nikczemny.
Co z mojej ręki, nigdy cios nie jest daremny:
Kogo się dotknie, z tego wraz dusza wyleci,
Rwie włosy po nim żona, sieroty są dzieci,
Więcej go miłe niewiast grono nie obsiędzie,
Ale, zgniły, dla sępów brzydką pastwą będzie«.
Tak łajał, wtem do niego Odyseusz przypada,
Swym go zasłania ciałem. Rycerz w tyle siada
I grot wyciąga z nogi. Musiał rzucić pole
I spieszyć do okrętów, takie cierpiał bole.
Natenczas sam na placu został król Itaki,
Bo wszystkie trwogą zdjęte pierzchnęły orszaki,
I jęcząc, różne myśli tak rozbiera sobie:
»Jakżem ja nieszczęśliwy! Co pocznę w tej dobie?
Jeśli ucieknę, ciężką sławie zadam ranę;
Gorsza, gdy otoczony sam jeden zostanę.
Wszyscy pierzchli. Lecz dłużej wahać się nie godzi,
Wiem, że z placu haniebnie sam gnuśnik uchodzi,
Mąż zaś wielkiego serca nigdy się nie boi,
Czy zwalczy, czy go zwalczą, na miejscu dostoi«.
Kiedy się tak utwierdza w niebezpiecznym stanie,
Wielkim tłumem nadchodzą pancerni Trojanie,
Wojsko ich zgubcę swego wśród siebie zamyka.
A jak psy i myśliwi obracają dzika,
Gdy się z kniei pokaże, błyszczą groty w ręce,
On białe kły w skrzywionej zaostrza paszczęce,
Zgrzyt zębów grzmi po lesie, a choć zwierz tak srogi,
Psy i myśliwcy w piersi nie przejmują trwogi:
Tak na Odysa biją Trojanie zuchwali.
On broniąc się najpierwej Dejopejta wali,
Potem oręż w Toonie i Ennomie zbroczył;
Przy nich zginął Chersydam, gdy z wozu wyskoczył.
We wnętrzności odebrał ciężki raz dziryta,
Pada i piasek własną krwią zbroczony chwyta.
Tych rzucił, ale jeszcze nie stępił żelaza:
Poległ brat Soka, Charop, mężny syn Hipaza.
Sokus, mąż bogom równy, ratunek mu niesie
I zbliżywszy się, rzecze: »Mądry Odysie,
Równie chytrości niesyt, jak rycerskich czynów!
Albo chlubić się będziesz, żeś dziś obu synów
Hippasa zabił w polu i z nich odarł zbroje,
Albo też tym żelazem ja przetnę dni twoje«.
To rzekł i silnym w tarczę pociskiem uderza;
Przebił ją, nawet dzida przeszła wśród pancerza
I zdarła z kości skórę, dosięgnąwszy ciała,
Ale ją od wnętrzności Pallada wstrzymała.
Czuł Ódyseusz, iż z rany tak płytkiej nie zginie.
Więc cofnąwszy się rzecze: »Biedny Trojaninie,
Zaraz się to dla ciebie spełni, czegoś żądał:
Już więcej słońca nie będziesz oglądał. . .
Skończył; Sokus ucieczką od śmierci się chronił,
Lecz go pocisk Odysa wśród ramion dogonił. . .
Wraz z ciała, z tarczy Soka dobywa dziryta;
Ból go przeszył, za grotem płynie krew obfita.
Postrzegłszy krew cieknącą z Odyseusza rany,
Zachęcają się, tłumem lecą nań Trojany,
Zgubcę swego pragnący otoczyć dokoła.
On, cofając się, na swe towarzysze woła.
Trzykroć, ile mu piersi tchu wystarczą, krzyknął,
Trzykroć głos ten Atryda młodszego przeniknął,
Więc mówi do Ajasa, bliskiego rycerza:
»Ajasie, głos Itaka w uszy mię uderza,
Musi on w niebezpiecznym znajdować się stanie.
Otoczyli go pewnie zawzięci Trojanie;
Woła wsparcia, niezdolny sam oprzeć się wielu.
Wyrwijmy go z rąk zjadłej tłuszczy, przyjacielu!
Choć mężny, lecz sam; liczba i mężnych zwycięża.
Ach! Żeby Grek nie płakał tak wielkiego męża! «
To rzekłszy idzie przodkiem, Ajas za nim śpieszy:
Znajdują Odyseusza wśród trojańskiej rzeszy.
A jako tłum zgłodniałych szakali krwi chciwy
Ugania za rogaczem ranionym z cięciwy
Ten, póki siły starczą i krew nie upłynie,
Szybkim biegiem po gęstej ucieka krzewinie,
Wreszcie pada bez życia, osłabion od strzały,
Przypadają szakale, szarpią go w kawały;
Lecz gdy tam lwa srogiego przypadek zaniesie,
Lew żre zdobycz, szakale rozprysną po lesie:
Tak i liczni, i silni za Odysem idą
Trojanie, a Odyseusz śmierć odpędza dzidą;
Lecz gdy Ajas z puklerzem, na kształt wieży, stanie,
W różne strony przelękli pierzchają Trojanie.
Atryd wziął go za rękę, z boju wyprowadził,
I gdy z końmi powoźnik przybył, na wóz wsadził.
Wtedy wielki Trojanom Ajas na kark wsiada:
Natychmiast Dorykl, boczny syn Pryjama, pada,
Przy nim Piraz, Lizander i Pilart z Pandokiem.
A jak rzeka, obfitym wezbrana potokiem,
Kiedy gwałtowne spadną na góry ulewy,
I dumne wali dęby, i poziome krzewy
Czarny muł pędząc w morze: tak nieprzyjaciele
Gromi Ajas i konie wraz, i męże ściele.
Nie doszła do Hektora klęska tych szeregów,
Na lewym walczył skrzydle u Skamandra brzegów. . .
By łatwiej rozbił roty i w ich krwi się zbroczył,
Rozżarty Hektor z wozu na ziemię wyskoczył;
Walczył, a wiele silnym dokazując razem
Walił nieprzyjacioły mieczem, dzidą, głazem.
Gdziekolwiek się pokazał, mężnie się potykał,
Z wielkim jednak Ajasem spotkania unikał.
Wtedy strach na Ajasa przypuścił pan górny:
Zdumiał się, na grzbiet rzucił puklerz siedmioskómy,
Uchodzi, wkoło wzrokiem rzuca jak zwierz srogi,
Znowu się zwraca, wolnym krokiem stawiać nogi.
A jak psy i wieśniacy, do bitew zwyczajni,
Nie dają lwu do wołów przybliżyć się stajni,
Całą noc przy niej pilnie odprawując straże;
On wpada rozjuszony, lecz nic nie dokaże,
Próżno na mięso ostrzy kły w krwawej paszczęce,
Bo groty nań rzucają zewsząd śmiałe ręce
I smolne miecą głownie, a tak bez nadziei
Smutnie ryczący rano uchodzi do kniei:
Tak niechętny, tak bólem i smutkiem przejęty,
Cofał się Ajas, trwożny o greckie okręty.
Jak zaś na chłopców mało dba osieł leniwy,
Gdy na okryte kłosem dostanie się niwy;
Ci łamią o grzbiet kije, osieł ścina zboże,
I nic mu mdła ich siła poradzić nie może,
Aż wtedy go wypędzą, gdy już wypcha boki:
Tak się Ajas wolnymi usuwając kroki,
Hamuje zapęd Trojan i ich sprzymierzeńców.
Odbierając pociski w puklerz z rąk młodzieńców,
Już on się zatrzymuje, wszelkie siły zbiera
I natarczywość Trojan zajadłych odpiera,
Już uchodzi powoli, już zwrócony staje
I zbliżyć się Trojanom do floty nie daje.
Mąż ten pośród wojsk obu sam wszystkim wystarczy.
Z śmiałych rąk lecą groty: jedne więzgną w tarczy,
Drugie nie dojdą ciała i w ziemię się wbiją,
Ani się krwi, tak chciwie żądanej, napiją. . .
Tymczasem Nestor bystrym do naw pędem zmierza
Uwożąc Machaona, narodów pasterza.
Poznał go Pelid, stojąc na wierzchołku nawy,
Skąd widział prace mężów i zważał bój krwawy.
Zraz wzywa Patrokla i tak doń powiada. . .
»Bież prędzej do Nestora, abyś się dowiedział,
Który to z wodzów ranny na wozie z nim siedział.
Jeżeli sądzić można z podobieństwa, mniemam,
Że to Machaon, lekarz, lecz pewności nie mam.
Z tyłu- m go ujrzał, oczy twarzy nie postrzegły,
Gdy szybkim pędem konie pomimo przebiegły«.
Na rozkaz przyjaciela swego Patrokl gotów,
Czym prędzej wzdłuż naw greckich idzie i namiotów.
Oni wtedy, szczęśliwie dopadłszy obozu,
Przed Nestora namiotem wystąpili z wozu;
Spocone wyprzągł konie Eurymedon wierny.
Wodze na morskim brzegu, gdzie wiatr ciągnął mierny,
Zamokłe suszą suknie z obfitego potu,
I siadają na krzesłach, wszedłszy do namiotu. . .
Tymczasem do namiotu mąż podobny bogu
Wchodzi, waleczny Patrokl, i staje u progu.
Widzi go starzec, zaraz z miejsca się podnosi
I za rękę prowadząc, aby usiadł, prosi.
Patrokl się opierając, tymi słowy rzecze:
»Nie namówisz mię siedzieć, szanowny człowiecze.
Przyjaciel mój, którego prawem dla mnie wola,
Kazał mi się dowiedzieć, kogoś uwiózł z pola?
Lecz oto Machaona mężnego poznaję.
Biegnę więc do Achilla i znać o tym daję… «
Na to mówi w te słowa Pylów król sędziwy:
»Skąd ta Achillesowi litość nad Achiwy?
Nie wie, jak ciężko Greki los wojny przyciska:
Pierwsi wodzowie ranni, ci z dala, ci z bliska
Strzałą Tydejd przeszyty, rycerz zawołany,
Odyseusz, Agamemnon dzidą wzięli rany;
Strzała ciężko zraniła w biodro Eurypila
I tego, com go uwiódł, krótka temu chwila.
Chociaż ma wielkie serce i oręż zwycięski,
Litości Pelid nie ma nad naszymi klęski.
Czyli wtedy uzbroi jego rękę dzida,
Kiedy już wszelki odpór na nic się nie przyda? . . .
Pamiętam, przyjacielu, jaką ci przestrogę
Dał ojciec, wysyłając do Atryda w drogę. . .
„Synu! Z rodu Achilles większe ma zalety,
Jeszcze siła i męstwo nad ciebie go kładą,
Aleś ty wiekiem starszy. Bądźżejego radą,
Proś, zachęcaj, przekładaj; nie zatknie on ucha,
I gdy uzna swe dobro, chętnie cię usłucha”.
Ty jednak zapominasz, co ojciec zalecił.
Staraj się, byś do boju w nim ochotę wzniecił.
Któż wie, czy go nie skłonisz za pomocą boga?
Jak mocna z ust przyjaźni idąca przestroga! … «
Skończył; głos ten w Patroklu na wskróś serce przeszył,
Powracając czym prędzej do Achilla śpieszył.
Lecz gdy przyszedł, gdzie stały Odysowe nawy,
Gdzie na miejscu publicznym rozsądzano sprawy
I gdzie dla bogów była błagalnia wzniesiona,
Spotkał się z Eurypilem, synem Euemona.
Kulejący, nierównym porusza się krokiem,
Pot i z ramion, i z głowy płynie mu potokiem,
Z głębokiej rany krople krwi czarnej tryskały;
Na ciele srodze cierpiał, lecz w umyśle stały.
Na ten widok Patrokla serce ciężko boli,
I rzecze, Greków smutnej litując się doli:
»O biedne wodze Greków! O wy biedni Grecy!
Tak- że więc od ojczyzny, od krewnych dalecy,
Wszyscy marnie zginiecie wpośród nieszczęść tylu
I psom będziecie pastwą? Lecz mów, Eurypilu:
Mogą- li jeszcze wstrzymać Hektora Achiwi?
Czyli już bez nadziei zginą nieszczęśliwi? «
»Nic Greków przed ostatnią nie zbawi ruiną-
Rzekł Eurypil – wnet wszyscy przy okrętach zginą.
Trojan się coraz bardziej moc i zapał wzmaga,
Nasi zaś, których była największa odwaga,
Leżą w okrętach, ranni od srogiego grotu.
Lecz ty mnie ocal życie! Prowadź do namiotu,
Ciepłą wodą krew obmyj, daj ratunek wczesny,
Przyłóż plaster, wyrznąwszy z biodra grot bolesny… «
Na to syn Menojtiosa: »Bohaterze luby!
Jakiż będzie nasz koniec? Jak unikniem zguby?
Biegnę do Achillesa strapiony niezmiernie
I co Nestor zalecił, opowiem mu wiernie.
Ale cię nie opuszczę, gdyś tak osłabiony«.
Rzekł i wodza podpiera własnymi ramiony.
Zaraz na ziemi sługa wole skóry ściele:
Kładzie się, on mu ostry grot wyrzyna w ciele:
Krew ciepłą myje wodą i korzeń doznany
Na proch utarłszy w ręku, przykłada do rany.
Wkrótce wszelkie cierpienia musiały przeminąć,
Zwolniał ból, oschła rana, krew przestała płynąć.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s